Przejdź do głównej zawartości

Moja wizja prezentacji, czyli jak nie sknocić wystąpienia.

Sztuka prezentacji. Trudna do opanowania, chyba głównie ze względu na szereg pokus, jakie się czają podczas korzystania z urządzeń technicznych wspomagających wystąpienia. Pomijam tu oczywiście nieznajomość oprogramowania czy obsługi komputera (projektora, pilota do slajdów itp.). Biorąc udział w różnych prezentacjach, prelekcjach, wykładach i innego typu wystąpieniach, niekoniecznie ludzi z branży informatycznej, zauważyłem, że porażająca większość prelegentów nie potrafi występować przed jakimkolwiek audytorium. Co ciekawsze, informatycy są w wystąpieniach przeważnie świetni, robią bardzo dobre prezentacje i wiedzą o wielu rzeczach, o których np. ludzie z branży edukacyjnej, którzy powinni mieć sztukę wystąpień opanowaną do perfekcji, nie mają czasem pojęcia. I nie chodzi tu bynajmniej o rzeczy, których rzekomo informatycy uczą się na studiach (bzdura, jeśli mogę użyć języka pewnego mojego kolegi).
Spróbuję w tym poście w miarę klarownie przedstawić moją wizję prowadzenia wystąpienia wspomaganego slajdami i demonstracjami (niekoniecznie związanymi z prezentacją kodu programu ;-)).

Wzorzec vs. antywzorzec.

Wzorzec:
Prezentacja (wykład) podczas spotkania ludzi branży informatycznej, np. CodeCamp. Prelegent prowadzi wykład na temat jakiejś technologii. Nie czyta tekstu ze slajdów, nie uzupełnia swoim przemówieniem treści wyświetlanej na ekranie. Slajdy służą mu wyłącznie jako ilustracja wystąpienia. Są efekty specjalne, ale ich liczba i rodzaj są ściśle związane z przedstawianą treścią (animacje pokazujące przebieg jakiegoś procesu, np. uwierzytelniania). Jeśli jest to prezentacja developerska, slajdów jest relatywnie mało, natomiast wiele czasu prelegent poświęca na dema (prezentuje jakiś program, technologię, kod źródłowy, przeprowadza pokaz na żywo, rozwijając jakiś kod i prezentując efekty działania programu, który właśnie stworzył). Niesamowite wrażenie robią interesujące pointy, podsumowujące np. wygodę czy szybkość uzyskania jakiegoś efektu. Ale gdyby nawet sesja była wyłącznie „opowiadana”, to jednak slajdy nie występują w roli głównej. Elementy interakcji ze słuchaczami (i w drugą stronę) bywają interesującym urozmaiceniem.

Antywzorzec:
Miałem „przyjemność” parę tygodni temu brać udział w konferencji informacyjno-szkoleniowej dla nauczycieli zawodów wszelakich na temat nowego systemu szkolnictwa zawodowego. Występowały na przemian dwie osoby. O ile jedna z nich radziła sobie naprawdę nieźle (wiedziała, co mówi i o czym mówi, nie spoglądała co chwilę na ekran itd.), o tyle druga osoba zdefiniowała mi antywzorzec wystąpienia. Po kolei więc. Slajdy w roli głównej. Cóż z tego, że pomysłowo przygotowane, bez „bajerów”, z tendencją do czytelności, kiedy... Zdarzały się slajdy zawalone kilkudziesięcioma wierszami tekstu (na oko czcionka 12). Czasem był to tekst wklejony jako zrzut ekranu z PDFa, a czasem nawet z... Worda (widoczne charakterystyczne podkreślenie wyrazów nie znalezionych w słowniku). O ile dałoby się to jeszcze wytrzymać, osoba występująca po prostu... czytała zawartość tych slajdów, oszczędzając nam jakiegokolwiek tłumaczenia. Mówiła głosem szalenie monotonnym, robiąc wszystko, by słuchacze się jak najszybciej wyłączyli. Były elementy interakcji, które jednak wynikały z frustracji i zniecierpliwienia spragnionego konkretów audytorium. A jeśli przyszło odpowiadać na pytania słuchaczy, cóż... nie było za dobrze (bo czasem trzeba wiedzieć, o czym się mówi).

Macie więc porównanie. Umiejętne prowadzenie prezentacji może naprawdę wywołać u słuchaczy zaciekawienie choćby najbardziej nudnym tematem. Niestety, działa to też w drugą stronę - fatalnie przygotowanym wystąpieniem można zarżnąć najlepszy i najbardziej fascynujący temat.
OK, nie każdy umie przemawiać i nie każdy potrafi nawiązać ten właściwy kontakt z publicznością. Ale każdy występujący chce mieć slajdy w tle. Oto więc kilka moich uwag, składających się na ową zapowiedzianą wcześniej wizję udanego wystąpienia wspomaganego slajdami.

Zawartość slajdów.

Co slajdy powinny zawierać? To zależy, ale można spróbować wypunktować pewne istotne rzeczy:
  • ilustrację (słowną lub obrazową) aktualnie przedstawianego problemu;
  • wypunktowane najważniejsze aspekty omawianego problemu;
  • wizualizację problemu.

Czego nie lubię na slajdach? Nadmiaru tekstu. Jeśli chcę, żeby słuchacze uzyskali dostęp do jakiegoś litego tekstu (akty prawne itp.), to podaję link, albo udostępniam w sieci lokalnej (jeśli mam możliwość), w ostateczności zaś rozdaję wydruki (nieekologiczne rozwiązanie - unikam, kiedy tylko się da).

Efekty specjalne, czyli „Na kolana, psy!”

Do czego służyć powinny w prezentacjach efekty specjalne? Przede wszystkim do wizualizacji przedstawianego problemu. W następnej kolejności ich rolą jest skupienie uwagi audytorium (np. elegancki efekt przejścia pomiędzy slajdami, kiedy przez chwilę nic nie jest wyświetlane, po czym pojawia się następny slajd - odbiorcy widzą na własne oczy zmianę, nawet jeśli przez chwilę nie skupiali się na tym, co jest aktualnie pokazywane).
Znam natomiast wiele osób, dla których efekty specjalne są celem samym w sobie, świadczą wręcz o jakości prezentacji, o „wypasie”. Bezsensownie latające napisy, dziwnie zakręcone obrazki, powklejane gdzie się da, mniej lub bardziej głupawe, animowane GIFy... A na samym szczycie owej małej patologii są prezentacje, które składają się z różnokolorowych slajdów, z kontrastującymi, oczo...bnymi napisami...
Nie popisujmy się znajomością efektów specjalnych poprzez wklejanie ich, gdzie tylko się da. Wierzcie mi, największe wrażenie robią na odbiorcach efekty zastosowane w konkretnym celu, pokazujące coś bardzo istotnego ze względu na omawiany problem.

Gadżety

Moim zdaniem wskazane jest używanie podczas prezentacji różnego rodzaju pilotów (może to być dedykowany pilot lub np. smartfon z odpowiednim oprogramowaniem - ja z powodzeniem używam na mojej starej Nokii E51 programu Nokia Wireless Presenter; podobno są też odpowiednie programy na Androida czy iOS). Co jednak najistotniejsze, nie można się na tych gadżetach jakoś specjalnie skupiać - one nam pomagają, eliminują pretensjonalne podchodzenie do komputera i klepanie spacji, jednak powinniśmy ich używać „w tle”. Publiczność ma czuć magię!

Wiem o czym mówię. Audytorium też wie.

To punkt nie do końca na temat slajdów, ale bardzo ważny. Prowadząc prezentację (wykład, prelekcję) muszę wiedzieć o czym mówię. Muszę znać różne aspekty omawianego problemu i muszę je przedstawić tak, żeby słuchający mnie ludzie rozumieli, o czym do nich mówię i żeby ich zaciekawić, a nie uśpić czy - co gorsza - zdenerwować. Oczywiście zwykle prowadzi się prezentację na dobrze poznany temat, więc prelegent wie, o czym mówi, jednak jeśli nie przećwiczy wystąpienia, najlepiej przed kimś, kto nie jest wprowadzony w przedstawiane zagadnienia, to klapa murowana, niestety.

Początek i koniec.

O tym raczej wszyscy pamiętają - na początku trzeba przedstawić temat wystąpienia, troszkę go rozwinąć (rozgrzać publiczność ;-)), przedstawić siebie i podać plan wystąpienia (koniecznie trzeba się go trzymać - tutaj pomocna jest próba lub nawet dwie). Warto co jakiś czas przypominać plan prezentacji (powtarzać slajd z planem) - ułatwi to odbiorcom orientację, w którym miejscu prezentacji się aktualnie znajdują.
A na koniec oczywiście trzeba ładnie podziękować za wysłuchanie (udział), można też się przypomnieć oraz np. podać źródła informacji uzupełniających nasze wystąpienie.
Jeśli sytuacja czy specyfika warunków prowadzenia prezentacji na to pozwala, można również poprosić publiczność o ewentualne pytania i spróbować na nie opowiedzieć.

Wnioski.

Wniosek jest jeden, krótki. Prezentacja multimedialna (pokaz slajdów) nie jest sztuką dla sztuki. Jest wspomaganiem wystąpienia, zastępuje nam tablicę i pisak oraz wiele innych przyborów, za pomocą których dawniej wzbogacaliśmy wystąpienia. Nie oszukujmy publiczności, czytając slajdy (publiczność potrafi czytać!).
Najważniejszym elementem prezentacji jest prelegent, jego wiedza i doświadczenie oraz umiejętność ich przekazania.

To oczywiście moja prywatna wizja, możecie się z nią nie zgadzać, możecie również dorzucić własne uwagi i spostrzeżenia - zachęcam!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Niesamowicie prosty czujnik zmierzchowy.

Tym razem zero programowania, będzie natomiast nostalgiczno-wspomnieniowy układzik, lekko zmodyfikowany.
Otóż kilka dni temu rozmawialiśmy w gronie znajomych o różnego rodzaju czujnikach zmierzchowych i czujnikach ruchu. Ponieważ należę do tych wariatów, co to hołdują jeszcze owej przestarzałej i kompletnie odrealnionej dziś zasadzie: "po co kupować, gdy można zrobić", stwierdziłem, że poskładam takie coś (czujnik zmierzchowy; sensor ruchu faktycznie lepiej nabyć, choćby ze względu na rozmiary ;)) i być może podłączę do jakiegoś mikrokontrolera. Przypomniało mi się też przy okazji, że znalazłem ostatnio w elektronicznych śmieciach stary fotorezystor (dla niewtajemniczonych: element zmieniający rezystancję, czyli opór elektryczny, pod wpływem działania strumienia światła) RPP130, jeden z kilku pozostałych po montowanych wieki temu układach tranzystorowych do zdalnego sterowania pracą urządzeń za pomocą latarki... No OK, nie było to specjalnie rozbudowane zdalne sterowanie ;)

Android i zewnętrzny moduł GPS

Od kilku dni jestem w posiadaniu smyrfona z Androidem 4.1.1 na pokładzie. Kwestie związane z wyborem systemu roztrząsałem już na G+, a ten artykuł tutaj ma konkretny temat, więc nie będę wyjaśniał po raz n-ty. Po prostu zwyciężyły popularność i ekosystem oraz przywiązanie do produktów sieciowych Google. Mniejsza.

Zbliża się sezon urlopowy :-) Moi podopieczni już mają wakacje, a ja wyjeżdżam wkrótce. W każdym bądź razie wakacje to podróże - samochodem, rowerem, na piechotę, żaglówką, motorówką, samolotem... Zaawansowane urządzenia mobilne przyzwyczaiły nas już do usług lokalizacyjnych, z których najważniejszą jest GPS (na dalszym planie mamy A-GPS, lokalizacje w oparciu o sieci WiFi itp.). Często korzystamy z programów, które w coraz ciekawszy sposób wiążą naszą lokalizację, pobraną z np. GPS-a, z przeróżnymi danymi, nieraz ocierając się o AR.
Każdy współczesny smartfon, a przynajmniej znakomita ich większość, wyposażona jest we wbudowany odbiornik sygnału lokalizacyjnego (GPS, GLONASS…

Po co mi to całe Arduino?

Oczywiście tytuł ma być jedynie prowokacją. Chociaż nie do końca - artykuł jest właśnie poświęcony pracy w Arduino IDE z mikrokontrolerami, ale bez płytek Arduino.
Czym jest Arduino - wiemy wszyscy, zarówno początkujący fani programowania elektroniki, jak i zaawansowani mikrokontrolerowcy. Jeśli jednak nie do końca wiemy, zachęcam do odwiedzenia strony domowej projektu (link 5 na końcu artykułu) oraz zerknięcia np. w poradnik (link 4).

Jakiś czas temu, przełamując się i zmieniając zdanie ("o 180 stopni" ;-)) nabyłem sobie Arduino Leonardo, głównie w celu jego "obwąchania" i zapoznania się z bogatym zbiorem bibliotek dostępnych dla tej platformy. Zgoda, różne biblioteki są dostępne niezależnie od Arduino, ale i tak się zdecydowałem. Dlaczego Leonardo? Otóż miałem ochotę przyrządzić dwie pieczenie na jednym ogniu - mieć Arduino i przetestować ATmegę 32u4. Dziś doskonale zdaję sobie sprawę, że żeby pobawić się Arduino nie trzeba go w ogóle posiadać... Ale po kolei.

Pi…