Przejdź do głównej zawartości

Pożegnanie z Glassfishem i JRuby on Rails

Tytuł straszny, ale nie jest tak źle. Po prostu wracam do Railsów bazujących na natywnym Ruby i do serwera Mongrel, tym bardziej, że do celów produkcyjnych można wykorzystać starego dobrego indianina. Wiem, że nie jest to odkrywcze, ale znalazłem bodaj jedyną sensowną metodę udostępniania aplikacji RoR poprzez właśnie serwer apache. Opis tej metody można znaleźć tutaj: Apache + JRuby + Rails + GlassFish = Easy Deployment!.
Wcześniej żadna ze sztuczek nie skutkowała, ta zaś zaczyna działać w środowisku natywnym Ruby (trzeba ją troszkę doszlifować), mimo, że opis dotyczy JRoR. Poza tym - jak by nie było - apache jest dużo lżejszym serwerem, niż Glassfish, a instalowanie i obsługa tak potężnego narzędzia, jakim jest Glassfish, tylko po to, żeby serwować na nim aplikacje RoR jednak nie do końca ma sens. Chyba, że ktoś uruchamia jeszcze na nim javowskie aplikacje sieciowe.
Kolejny powód rezygnacji z tego serwera, to wieczne problemy z kompatybilnością gemów i kolejnych wersji J2SE - od początku musiałem kombinować, jak postawić w miarę stabilną platformę serwerową i uniknąć niespodzianek (zresztą pisałem już o tym). Każdy upgrade gemów wiązał się z testowaniem wszystkich aplikacji i kombinowaniem, co się "sypie". Stwierdziłem więc, że szkoda mi na to czasu. Jednak - żeby nie było nieporozumień - sam Glassfish to potężne i IMHO niezastąpione narzędzie jeśli chodzi o szeroko pojęte, wydajne serwery aplikacyjne. Tylko z JRubym i Railsami coś się nie bardzo dogadują bez kilku zabiegów.
Być może jeszcze wrócę do Glassfisha i JRoR - nigdy nie powinno się mówić "nigdy". Tymczasem dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w bojach (zwycięskich!) z kombinacją Glassfish + JRoR.

Dodano później:
Znalazłem jeszcze taki opis: Ruby on Rails - Apache - Mongrel autorstwa Pawła Kraszewskiego. Zapowiada się bardzo ciekawie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Niesamowicie prosty czujnik zmierzchowy.

Tym razem zero programowania, będzie natomiast nostalgiczno-wspomnieniowy układzik, lekko zmodyfikowany.
Otóż kilka dni temu rozmawialiśmy w gronie znajomych o różnego rodzaju czujnikach zmierzchowych i czujnikach ruchu. Ponieważ należę do tych wariatów, co to hołdują jeszcze owej przestarzałej i kompletnie odrealnionej dziś zasadzie: "po co kupować, gdy można zrobić", stwierdziłem, że poskładam takie coś (czujnik zmierzchowy; sensor ruchu faktycznie lepiej nabyć, choćby ze względu na rozmiary ;)) i być może podłączę do jakiegoś mikrokontrolera. Przypomniało mi się też przy okazji, że znalazłem ostatnio w elektronicznych śmieciach stary fotorezystor (dla niewtajemniczonych: element zmieniający rezystancję, czyli opór elektryczny, pod wpływem działania strumienia światła) RPP130, jeden z kilku pozostałych po montowanych wieki temu układach tranzystorowych do zdalnego sterowania pracą urządzeń za pomocą latarki... No OK, nie było to specjalnie rozbudowane zdalne sterowanie ;)

Android i zewnętrzny moduł GPS

Od kilku dni jestem w posiadaniu smyrfona z Androidem 4.1.1 na pokładzie. Kwestie związane z wyborem systemu roztrząsałem już na G+, a ten artykuł tutaj ma konkretny temat, więc nie będę wyjaśniał po raz n-ty. Po prostu zwyciężyły popularność i ekosystem oraz przywiązanie do produktów sieciowych Google. Mniejsza.

Zbliża się sezon urlopowy :-) Moi podopieczni już mają wakacje, a ja wyjeżdżam wkrótce. W każdym bądź razie wakacje to podróże - samochodem, rowerem, na piechotę, żaglówką, motorówką, samolotem... Zaawansowane urządzenia mobilne przyzwyczaiły nas już do usług lokalizacyjnych, z których najważniejszą jest GPS (na dalszym planie mamy A-GPS, lokalizacje w oparciu o sieci WiFi itp.). Często korzystamy z programów, które w coraz ciekawszy sposób wiążą naszą lokalizację, pobraną z np. GPS-a, z przeróżnymi danymi, nieraz ocierając się o AR.
Każdy współczesny smartfon, a przynajmniej znakomita ich większość, wyposażona jest we wbudowany odbiornik sygnału lokalizacyjnego (GPS, GLONASS…

Po co mi to całe Arduino?

Oczywiście tytuł ma być jedynie prowokacją. Chociaż nie do końca - artykuł jest właśnie poświęcony pracy w Arduino IDE z mikrokontrolerami, ale bez płytek Arduino.
Czym jest Arduino - wiemy wszyscy, zarówno początkujący fani programowania elektroniki, jak i zaawansowani mikrokontrolerowcy. Jeśli jednak nie do końca wiemy, zachęcam do odwiedzenia strony domowej projektu (link 5 na końcu artykułu) oraz zerknięcia np. w poradnik (link 4).

Jakiś czas temu, przełamując się i zmieniając zdanie ("o 180 stopni" ;-)) nabyłem sobie Arduino Leonardo, głównie w celu jego "obwąchania" i zapoznania się z bogatym zbiorem bibliotek dostępnych dla tej platformy. Zgoda, różne biblioteki są dostępne niezależnie od Arduino, ale i tak się zdecydowałem. Dlaczego Leonardo? Otóż miałem ochotę przyrządzić dwie pieczenie na jednym ogniu - mieć Arduino i przetestować ATmegę 32u4. Dziś doskonale zdaję sobie sprawę, że żeby pobawić się Arduino nie trzeba go w ogóle posiadać... Ale po kolei.

Pi…